🔙 Wróć do strony głównej Okładka wpisu

Co było w Tajlandii , zostaje w Tajlandii.

📍 Tajlandia - Pattaya i Bangkok , działo się.

👁️ 12

Tajlandia – Rollercoaster bez Trzymanki. Od chrupiących robaków w Pattayi po pociąg na koniec świata!

Zdejmujemy krawaty, odkładamy na bok nudne przewodniki z biur podróży i zanurzamy się w czyste, tajskie szaleństwo! Tajlandia to nie jest po prostu kolejny kraj do odhaczenia na mapie – to absolutna jazda bez trzymanki, w której rajskie widoki zderzają się z totalnym, neonowym chaosem, a luksus pije z jednego plastiku z ulicznym gwarem. Zapnijcie pasy, bo zapraszam Was na relację z naszej epickiej wyprawy!

Pattaya, czyli pływające zakupy, podwodny świat i kulinarne hardkory

Naszą główną bazą wypadową była Pattaya i to tutaj rzuciliśmy się na głęboką wodę (dosłownie i w przenośni). Zaczęliśmy od słynnego Pattaya Floating Market. Wyobraźcie sobie ogromny, tętniący życiem targ, ale zamiast alejek z kostki brukowej macie kanały, a zamiast wózków na zakupy – tradycyjne, drewniane łodzie! Pływasz, negocjujesz, kupujesz pamiątki i chłoniesz ten niesamowity klimat.

Zaraz potem zmieniliśmy scenerię na nieco bardziej głębinową i wylądowaliśmy w Underwater World Pattaya. To potężne akwarium z ogromnym, podwodnym tunelem. Uczucie, gdy rekiny, wielkie płaszczki i przedziwne morskie stworzenia przepływają dosłownie centymetry od Twojego nosa, to magia w czystej postaci.

Ale Pattaya to nie tylko zwiedzanie – to przede wszystkim miasto, które po zmroku zdejmuje maskę i odpala wrotki. Słynna „Ulica Grzesznic” (czyli Walking Street) wciąga jak chodzący odkurzacz! Neony wypalają siatkówkę, z barów dudni muzyka, a ulice i promenady błyskawicznie zapełniają się rzeszami kobiet do towarzystwa, które głośno i bez oporów walczą o uwagę turystów. To miejsce ocieka egzotyką, nocnymi pokusami i niesamowitą, gęstą energią. Siedzisz z zimnym piwem w dłoni i po prostu chłoniesz ten pulsujący, hipnotyzujący spektakl.

To właśnie tutaj, w Pattayi – a nie w żadnym Bangkoku! – zafundowaliśmy sobie kulinarny skok na bungee. Słodkie przysmaki to było za mało, więc wjechały smażone, chrupiące owady i ciągnące się meduzy. Tajski street food na wybrzeżu to gra w rosyjską ruletkę, którą wygraliśmy (chyba) z pełnymi brzuchami.

Żeby zbalansować to szaleństwo, kolejnego dnia wsiedliśmy na lokalny, bujający się na falach statek i popłynęliśmy na sąsiednią wyspę. Biały piasek, pocztówkowe plaże, błękitna woda i totalny chillout pod palmami. A następny dzień? Poświęciliśmy na robienie absolutnego, błogiego NICZEGO. W Tajlandii to obowiązkowy punkt programu.

Bangkok, czyli pociąg na straganie i obiad w chmurach

Po kilku dniach relaksu zebraliśmy siły i pojechaliśmy na wycieczkę do Bangkoku i okolic. Poziom absurdu i fascynacji szybko wywaliło poza skalę!

Na pierwszy ogień poszedł słynny targ Maeklong Railway Market. Stoisz sobie między straganami, oglądasz warzywa, aż tu nagle z rykiem syreny prosto na Ciebie wjeżdża... wielka lokomotywa! Sprzedawcy w ułamku sekundy zwijają swoje daszki i kosze niczym zawodowi iluzjoniści, pociąg mija Twoje palce u stóp o milimetry, po czym wszystko wraca na swoje miejsce w trzy sekundy. Adrenalina o wiele lepsza niż po potrójnym espresso!

Bangkok ugościł nas też nieziemskimi kontrastami. Najpierw wjechaliśmy szybką windą na 89. piętro legendarnego Baiyoke Sky Hotel (najwyższego budynku z obrotowym tarasem), by zjeść obiad dosłownie w chmurach, mając całą metropolię pod stopami. Pełen, elegancki luksus. A wieczorem? Wieczorem wylądowaliśmy na nocnym markecie, gdzie spacerowaliśmy w cieniu potężnego, prawdziwego samolotu pasażerskiego wciśniętego między stragany!

I to właśnie tam, w Bangkoku, trafiliśmy na kulinarnego mistrza. Niepozorny, uliczny wirtuoz patelni, którego ochrzciliśmy dumnym mianem „U Dziada”. Żadne tam gwiazdki Michelin – plastikowe krzesełka, ulica, cerata, a w misce wylądowała fenomenalna zupa kokosowa z kurczakiem (Tom Kha Gai). Do tego wciągnęliśmy lokalne naleśniki Roti z jajkiem i owocami, serwowane prosto z wózka. Smak, którego nie zapomina się do końca życia.

Trzecią klasą na koniec świata

Po intensywnym Bangkoku wróciliśmy do Pattayi na znowu kilka dni totalnego, błogiego relaksu. Trzeba było naładować baterie przed wielkim finałem.

Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy na sam koniec nie zrobili czegoś absolutnie odjechanego. Kupiliśmy bilety na lokalny pociąg w trzeciej klasie i wyruszyliśmy w całodniową podróż w nieznane. Zapomnijcie o klimatyzacji i wygodnych fotelach – był tylko wiatr we włosach z otwartych okien, nagrzany jak piekarnik stary wagon i miarowy stukot kół. Ten pociąg zawiózł nas na przysłowiowy koniec świata. Dotarliśmy do miejsc, gdzie biały turysta z aparatem po prostu nie zagląda, a prawdziwe, surowe tajskie życie toczy się swoim niespiesznym, fascynującym rytmem.

Bangkok i Pattaya to nie była tylko zwykła wycieczka. To było bezczelne, piękne zderzenie światów. Rano rajska plaża, w południe głowa w chmurach, wieczorem chrupiące owady, a w nocy impreza i pociąg, który jedzie przez środek targu. Tajlandia wciąga i nie bierze jeńców! Kto nie był, niech natychmiast wpisuje na swoją listę marzeń!

Nie przegap kolejnych wypraw!

Wybierz swój kanał i bądź na bieżąco z nowymi relacjami.

📱 Kanał WhatsApp

Zero spamu. Zawsze możesz się wypisać jednym kliknięciem.

👇 Zobacz etapy wyjazdu
🇵🇱 🇬🇧 🇮🇹 🇪🇸 🇩🇪